Tag Archives: głodówka lecznicza

30. Moja wiedza o wychodzeniu z głodówki

Wychodzenie z głodówki to coś, jak inny rodzaj głodówki. Długo trwa, w zasadzie wchodzenie i wychodzenie powinno trwać tyle, ile głodówka. Często jest trudniejsze od samego postu o wodzie. Ma się ochotę zjeść „konia z kopytami”. Nie idźcie tą drogą. Jedzcie albo pijcie powolutku. Mielcie jedzenie długo w ustach. Przerwijcie, gdy tylko poczujecie, że nie jesteście głodni. Kiedy jecie, koncentrujcie się na sygnałach z żołądka, nie na swoich przestraszonych myślach, nic się nie stanie jeśli od razu tego „konia z kopytami” nie zjemy. Podejście do jedzenia warto przy okazji zmienić na zawsze. Często jemy za dużo, kiedy już nie trzeba i zdecydowanie nie to co jest tak naprawdę nam potrzebne, stąd nawet na siłowni widuję prze-zgrabnych młodzieńców już w ciążach kulinarnych. Jemy często z rozpędu, z łakomstwa, emocjonalnie, z nawyku. Głodówka to okazja do resetu złych nawyków.

1. Wychodzenie z 6 dniowej głodówki zaczynam od soków z warzyw (nie z owoców i nie ze słodkich, tylko warzywa, czasem trochę cytryny i grapefruita). Są wyciskane przeze mnie, absolutnie sklepowe się nie nadają. Zapomnijmy o sklepie, tylko własne i świeże. Pierwsze szklanki mocno rozcieńczam wodą. Najpierw sama woda, następna szklanka lekko kolorowa i kolejne coraz bardziej z sokiem a coraz mniej z wodą. Nigdy nie dochodzę do 100% soku. Tak nawiasem mówiąc soki nie są zdrowe, może tylko w wyjątkowych sytuacjach których nie znam osobiście. Zbyt szybko glukoza dostaje się do krwi, soki zawsze powinno się pić rozcieńczone, więc ja też piję je z wodą przy wychodzeniu z głodówki. Zielone soki też są dobre, te można nawet 100% pić, jeśli macie specjalną wyciskarkę do wyciskania soku z liści, ja mam. Zielone soki to podobno perła dietetyki. Poza tym jeśli macie możliwość i umiecie zrobić własny sok z kiszonej kapuchy albo rejuvelac, to przygotujcie sobie wcześniej i pijcie. Sklepowy sok z kiszonej kapusty jest za słony. Soli jeszcze nie jemy. Kiszone rzeczy dają elegancką florę bakteryjną, która zasiedli mam jelita po głodówce – to sama śmietanka towarzyska, że tak powiem. To jest zawsze baaaardzo dobre i zobaczycie jak po głodówce cudownie smakuje. Robiłam to tak, że przynosiłam nieco kiszonej kapusty, miksowałam ją ze świeżą i z czosnkiem. Stało trochę w ciemnym i ciepłym miejscu (w słoiku trzeba zostawić nieco przestrzeni, bo to rośnie i nie domykać, bo wystrzeli, najlepiej jakąś ściereczką przykryć solidnie co by muszki nie szalały). W letnim cieple proces zachodzi szybko, w zimie stawiałam kiszącą się papę w ciepłym miejscu w kuchni (ale kto robi w zimie głodówki? to koszmar). Potem przecedzam przez szmatkę. Jeśli nie pachnie przyjemnie kiszonym, wywalić, spleśniało. To się może zdarzyć. Sok z kiszonego buraka to też błogosławieństwo dla jelit, może nawet bardziej niż błogosławieństwo. Spróbujcie, warto zawsze, nie tylko po poście.

2. Drugi dzień – z tego samego robię szejki (np zielenina, jakiś jadalny na surowo korzeń, woda, cytryna) Można dodać trochę słodkich owoców. Dalej soki z kiszonych rzeczy i soki w ogóle. Dalej surowe.

3. Trzeci dzień: wprowadzam gotowane jarzyny. Jakie chcę. Dalej jemy rozważnie i tylko tyle, aby zaspokoić największy głód, nie pozwalamy sobie na kulinarne brykanie – być może nigdy już sobie na nie nie pozwolimy, bo w trakcie głodówki bardzo spada metabolizm, potem tyje się od samego patrzenia na jedzenie. To się nazywa efekt jojo. Trzeba to mieć na uwadze. Dlatego teraz śmigam na siłownię, żeby podkręcić nieco przemianę materii.

4. Czwartego dnia w zasadzie wyszliśmy w głodówki. Jedzenie cudnie smakuje. Ma się nieco inne spojrzenie na te rzeczy niż przed postem. Jest się zdrowym, lekkim i samopoczucie ma się bajeczne. U mnie to były najmilsze chwile z tego wszystkiego. Nie trzeba już miksować czy gotować, dalej trzeba jeść umiarkowanie i dokładnie gryźć. Zamiast mięsa czwartego dnia łyżka mielonego siemienia (może być zamoczona w ciepłej wodzie, to zamiast rybki) i łyżka moczonych przez noc pestek dyni, słonecznika czy innych dobroci, ale dynia jest najważniejsza z tego wszystkiego (zamiast kurczaczka itp). Zapewniam, że wystarczy. Sugeruję na tym poprzestać. Dieta bezmięsna jest bardzo zdrowa. Mięso stanowi dla człowieka (zwłaszcza chorego) spore obciążenie. Jeśli czujesz się zagubiony, uderz do dietetyka/czki specjalizujących się w dietach roślinnych, jeśli ktoś zbilansuje ci dietę, będziesz się czuć bezpieczniej.

5. Powolutku wprowadzaj przyprawy, herbatki itp. Odpuściłabym sobie używki, dopóki nie zakończysz zdrowienia albo na zawsze.
Znasz trochę angielski? Sprawdź tu co jesz: https://cronometer.com/

Amen i smacznego
Miłego zdrowienia

ps
Są dobre strony o głodówkach w necie, można pobuszować i wyciągnąć coś dla siebie

Reklamy

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

24. Fotografie moich guzków

Z października 2013:

X 13_1

Z marca 2014:

02.03.2014_01

Na lewej podeszwie już prawie nie widać, na prawej jest znacznie mniejszy i mięciutki. Musiałam nieźle napinać stopę żeby coś pokazać.

Co robię, żeby być zdrowa? Po raz kolejny, do znudzenia powtarzam:
– Spożywam właściwe rzeczy czyli żywność nieprzetworzoną, niskokaloryczną, wegańską (bez mięsa, ryb, jajek, mlecznych, białko tylko roślinne).
– Przynajmniej jeden posiłek dziennie składa się w dużej części z surowej zieleniny (albo poranny szejk albo sałatka na podwieczorek.
– Moja dieta jest nisko-tłuszczowa-przeciwzapalna (z tłuszczy tylko łyżka mielonego siemienia lnianego plus garść pestek z dyni dziennie, bardzo bardzo rzadko odrobina oleju – tłoczonego na zimno , z pierwszego tłoczenia i sprawdzonych hodowli).
– Sprawdzam pochodzenie żywności.
– Codziennie wyciąg z kurkuminy i piperyny.
Pilnuję wagi (w razie potrzeby robię sobie jednodniowe głodówki).
– Codziennie ćwiczę albo bardzo dużo chodzę tak, aby jak najwięcej ruszać się fizycznie.
– Co jakiś czas konsultuję się z dietetyczką.
– Robię okresowe badania i w razie niedoborów czegokolwiek lub sytuowania się przy granicy normy koryguję dietę.
– Stanowczo unikam toksycznych relacji z ludźmi. Wybaczam, odsuwam się, nie wikłam w przewlekłe spory. Ucinam.
Unikam obciążeń związanych z pracą, co się przerzuca na stan moich finansów, ale w rezultacie warto.
– Wspieram moje stópki odpowiednim obuwiem, ale już nie tak restrykcyjnie jak kiedyś.

Guzki maleją, nie bolą, nie ograniczają mnie w jakikolwiek sposób, a przypominam , że ponad rok prawie nie chodziłam. Znaczy się – to dobry kierunek. Mam nadzieję nie robić już długich głodówek, bo nie lubię ich. Rozchodziłam się, już mi się nie robią co chwila skręcenia w stawie skokowym i odciski na podeszwach.
Jestem szczęśliwa.

11 Komentarzy

Filed under Uncategorized

16. Codzienność

Jest tak, że guzy mam. Nie są twarde, nie rosną, ale przy intensywniejszym używaniu zaczynają dawać znać o swoim istnieniu, niepozornie i nie inwazyjnie, ale przypominają że są. Co powoduje moją wstrzemięźliwość i obawy. Tym niemniej zakupy i wszystko w domu robię sama. Nie potrzebuje już pomocy i to cieszy. Martwi, że boje się tańczyć, chodzić na długie wędrówki i intensywnie ćwiczyć nogi. Ruch fizyczny był i jest istotą mojego istnienia.

Jestem po krótkiej 5 dniowej głodówce, którą podjęłam po to, żeby te doznania lekko wytonować. Udało się. Wyjątkowo źle ją zniosłam. Najgorszy był wodowstręt. Wyjątkowo szybko zleciała mi waga. Dzisiaj chłonę soczki rozcieńczone z wodą. Zaczęłam wczoraj od cytryny i grapefruita, a dzisiaj jarzyny, kapusta, buraki, marchewka, jabłko, seler, sok z kiszonej kapusty własnoręcznie zrobiony, bez soli. Wieczorem szejki, pomidory, śliwki, papryka. jakie to dobre. Jutro szejki, gotowane warzywko i tak dalej. Zawsze po głodówce zamieniam się w odkurzacz. Dlatego trzymam, ile się da dietę witariańską.

Pomimo pewnego sukcesu jestem zmęczona i nieco zniechęcona. Chciałabym mieć gładkie sprężyste podeszwy których moglłbym używać bez ograniczeń. Syn zachęca mnie do kuracji wyciągiem z kurkumy. Znalazł informację o nim z opisem, jak to działa. Pożyjemy, zobaczymy, jeszcze go nie mam. Cały czas pracuję nad wizualizacją i to mnie pewnie trzyma psychicznie.

Posuwam się powoli do przodu i o to chodzi.

Guziczki nieco mniejsze.

X 13_1

Porównanie, lewa:

lewa III - VIII - X 2013

lewa III – VIII – X 2013

Prawa:

prawa III - VIII - X 2013

prawa III – VIII – X 2013

Dzisiaj nieźle napinałam stopę żeby coś było widać, zwłaszcza na lewej stopie jest niewidoczny. Na prawej też jest mniejszy. Z tym można już żyć. Nie są napięte i bolesne 🙂

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

12. Apoteoza postu

O tym, jak ważny jest post piszą Benedyktyni z Tyńca takimi oto słowy:

(…)Kasjan uważa, że obfitość pokarmów obciąża ducha i gdy duch równocześnie z ciałem popada w otyłość, staje się niebezpiecznym zarzewiem grzechu.
Mnisi dawniej byli przekonani, że istnieje jakaś silna zależność między duszą i ciałem. Gdy ciało obrasta w tłuszcz, także i duch staje się ociężały i otępiały. Nadmiar jedzenia zmniejsza duchową czujność człowieka. Natomiast zdrowie fizyczne i duchowe stanowi jedność. To przekonanie dzisiejszej psychologii znajdujemy często już w pismach dawnych mnichów i
Ojców Kościoła. Tak oto pisze św. Atanazy:

„Zauważ, co czyni post! Leczy on choroby, wysusza nadmierne soki w organizmie, przepędza złe duchy, płoszy natarczywe myśli, nadaje duchowi większą przejrzystość, oczyszcza serce, leczy ciało i wiedzie w końcu człowieka przed tron Boży… Post jest ogromną siłą i niesie ze sobą przeogromne skutki.”

Leczenie zostało tutaj pozornie uzależnione od jakiegoś wysuszania zbytecznych soków w organizmie człowieka. To, co na pierwszy rzut oka wydaje się medycyną ludową, odsłania swoje właściwe znaczenie dopiero w porównaniu z osiągnięciami dzisiejszej medycyny postnej. Dr Buchinger, który w Niemczech odkrył po pierwszej wojnie lecznicze działanie postu i stosował terapię postną z dużym powodzeniem w rozlicznych kuracjach, pisze:
Leczenie postem jest w rzeczy samej kuracją wydzielinową. Jest to kuracja mająca za zadanie oczyścić całą tkankę organiczną oraz jej soki. Całą! Ma słuszność powiedzenie dawnych Gallów, że „post oczyszcza na równi całe ciało” (abstinentia totum corpus aequaliter purgat).
(…)

http://adonai.pl:

(…)Skoro radykalny post może uzdrowić nasze ciało, oczyścić organizm z trujących toksyn i przywrócić utraconą witalność, to czy w podobny sposób może przynieść nam pożytek duchowy? Jezus zapytany przez uczniów, w jaki sposób był w stanie wypędzić złego ducha z ciała opętanego chłopca, pouczał, że do tego potrzeba modlitwy i postu.

     Na przełomie III i IV wieku w Azji Mniejszej i w Egipcie powstała reguła monastyczna – post jako sprawdzony środek w zmaganiach o czystość serca. Ojcowie pustyni zalecali wówczas, aby post był połączony z uczynkami miłosierdzia i troską o potrzebujących. W ciągu dnia, gdy pościsz, wystarczy ci chleb, woda i jarzyna. Dziękuj za to Bogu. Oblicz wydatki na jedzenie, oblicz, ile zaoszczędziłeś w dniu postnym i daj pieniądze jakiemuś bratu z obcych stron, wdowie czy wdowcowi, a oni pomodlą się za ciebie. Równocześnie ojcowie przestrzegają przed ascetyczną rywalizacją, która zamiast prowadzić do pokory, skutkuje osądem i poczuciem wyższości wobec innych. W tradycji judeochrześcijańskiej post nie jest sposobem na szlifowanie osobistej doskonałości. Jest ścieżką pokory, pokory która ma otwierać na przyjście Pana. Jest też potężną bronią wobec szatana. Ojciec Jan Kolobos mówił wręcz: Kiedy król chce zdobyć nieprzyjacielskie miasto, wtedy zabiera mu wodę i uniemożliwia jej dostawę. A gdy miastu grozi śmierć głodowa, samo się poddaje. Tak też rzecz ma się z pożądliwościami ciała. Kiedy mnich stanie przeciwko nim z postem i głodem, wrogowie ci staną się bezsilni.

      Post ma więc znacznie głębsze znaczenie niż tylko formalny zakaz jedzenia konkretnych potraw czy spożywania alkoholu. Post jest szansą na niedosyt fizyczny, zmobilizujący ciało do czuwania. Kiedy odczuwamy pustkę wewnętrzną – także w tym najbardziej trywialnym wymiarze – łatwiej nam prosić Stwórcę o pokarm, uznając własną kruchość i niewystarczalność. A wtedy Bóg zstępuje, jak na górę Synaj, i odnajduje nas na pustyni naszego niedosytu. Dla takiego spotkania warto pościć na serio choćby jeden dzień, jeden tydzień…

Piotr Fras pisze w swojej książce „Post. Boży dar dla człowieka” (nie jestem katoliczką i nie propaguję zasad tej wiary, ale coś w tym jest, bo we wszystkich religiach będących ongiś jedynym źródłem wiedzy o świecie funkcjonuje zasada stosowania systematycznych postów)

Post został wszczepiony w duszę człowieka jako swoisty mechanizm naprawczy zdrowia fizycznego i psychicznego. Książka ta eksponuje błogosławieństwa, które spływają na ludzi praktykujących ten zapomniany dar.
Historia głodówek sięga najstarszych dziejów człowieka na ziemi, była też uważana za jedną z naturalnych metod leczenia. Korzystali z niego starożytni Egipcjanie, Sokrates i Platon oraz ojciec medycyny konwencjonalnej Hipokrates, według którego głodówka była nie tylko skutecznym lekarstwem na wszystkie poważne dolegliwości, ale też znakomitym środkiem profilaktycznym.

Autor w niezmiernie ciekawy sposób opisuje doświadczenia biblijnych bohaterów jak również swoje własne.

Sporo wiedzy możemy też znaleźć na stronie http://www.glodowka.pl/, bardzo tę stronę polecam na początek

Głodówka – największe lekarstwo

To czas jaki dostaje od nas organizm, aby pozbierać się po latach złego traktowania. Ale dostrzec to możemy tylko w czasie spokojnej refleksji nad sensem i celem swojego życia. Nasz problem polega na tym, że nie umiemy odłożyć łyżki we właściwym czasie.

Człowiek żyje z jednej czwartej swego pożywienia, z pozostałych trzech czwartych żyją lekarze – wiedziano o tym już przed wiekami w kraju faraonów. Po ucztach i wielkich świętach następowały posty, często dyktowane zaleceniami religijnymi, lub po prostu – przednówkiem, brakiem pożywienia. Współcześnie zdajemy się o tym nie pamiętać. Nie mamy problemów ze zdobywaniem pożywienia. Nasz problem polega na tym, że nie umiemy odłożyć łyżki we właściwym czasie. Zarówno przy stole ciężko jest nam powiedzieć: stop, jak i przy pracy. Zatraciliśmy umiejętność odpoczywania i relaksowania się. Tempo życia sprawia, że tak naprawdę zapominamy po co to wszystko. Nasze działania często przypominają wysiłki człowieka z pewnego kawału: po budowie biega facet z pustymi taczkami. Woła go majster i pyta, dlaczego taczka jest pusta. A delikwent odpowiada, że pracy tyle, że nie ma czasu załadować. Podejmujemy różne wysiłki, które zabierają nam cenny czas. Często kręcimy się w kółko. Ale dostrzec to możemy tylko w czasie spokojnej refleksji nad sensem i celem swojego życia. Nasz organizm nieraz wymusza na nas takie chwile, na przykład w czasie choroby, gdy cierpiąc leżymy w łóżku odsunięci od swojej pracy i doraźnych problemów. Wówczas znów mamy szansę rozpoczęcia wszystkiego na nowo.(…)”

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized

9. Głodówka

(Summary in English below)

Skoro dieta mi nie pomogła, stwierdziłam, że to może być dobre przygotowanie do głodówki i 6 czerwca podjęłam 14 dniową. 3. i 4. dzień głodówki były straszne. Nie będę opisywać szczegółów. O głodówkach leczniczych proszę sobie poczytać w odpowiednich źródłach. W trakcie miałam ciepłą opiekę rodziny, wszyscy się o mnie troszczyli, ciągle dzwonili i pytali się, jak i czy żyję. Nie było nikogo w domu oprócz mnie i miałam ciszę i brak zapachów w kuchni. Nikt nie dzwonił sztućcami.

Super warunki.

Oczywiście codziennie tak, jak przez ostatnie pół roku, pracowałam z wizualizacją mojego zdrowienia. Deadline na zdolność biegania było ustawione na 15 lipca 2013. Wymyśliłam ten termin jeszcze w zimie, kiedy zaczęłam stosować dokładniej metody pani Wegener.

Wieczorem 4. dnia miałam dosyć i zaczęłam się wręcz rozpaczliwie modlić o poprawę, bo miałam już wszystkiego dosyć. Dobry moment wybrałam. Obudziłam się 5. dnia w dobrym samopoczuciu i stwierdziłam, że moje guzki z kamyczków zamieniły się w miękkie gumowate narośle, które nie bolały przy naciśnięciu i ładnie poddawały się naciskowi. To był sukces, którego jednak jeszcze wtedy nie doceniłam, bo prawą nogę miałam po dosyć poważnym skręceniu w stabilizatorze i nie mogłam nawet stanąć na palcach, żeby sprawdzić, na ile guzy są wrażliwe. W czasie głodówki bardzo ćwiczyłam i niestety dorobiłam się zapalenia stawów barkowych, prawy trochę gorzej niż lewy. Uniemożliwiło mi to przez dłuższy czas ćwiczenia. Czyste wariactwo. Nie lubię takich sytuacji, bo moja pogłodówkowa wiotkość jest irytująca, ćwiczenia by mnie wzmocniły, a tu klops: prawa stopa w stabilizatorze, a ramiona nie mogą podnieść się do góry, totalne kalectwo.
Głodówkę zakończyłam 12 czerwca, czyli po 6 dniach, nie po 14. Jak się okazało użyłam w pewnym momencie złej wody, była zbyt mineralizowana i dlatego mój żołądek oszalał, zaczął się tak zachowywać, że musiałam przerwać głodówkę. Teraz jestem mądrzejsza i już mi się to nie przytrafi. Od 12 czerwca powolutku zbliżałam się do normalnego mojego wegańskiego zdrowego jedzonka.
Potem przez jakiś czas raz w tygodniu robiłam jednodniową głodówkę. Chyba mój organizm tego potrzebował, przyzwyczaił się i kiedy jej nie robiłam, czułam się, jak nadmiernie nadmuchany balon. We wszystkich religiach zalecają posty i już wiem, dlaczego. Wielowiekowa mądrość za tym stoi.

13 lipca raniutko biegłam na paluszkach naokoło osiedla radując się moimi „zdrowymi“ stopami. Potem chodziłam na paluszkach po domu, wykonywałam różne sympatyczne i wymagające ćwiczenia na usprawnienie stawu skokowego, które znalazłam w necie i symulowałam skoki na skakance. Wszystko to były rzeczy, których nie mogłam robić przez ostatni rok i wszystko grało! Guzy nie rosły, nie bolały, nie puchły, chociaż były, ale nie takie napięte i bolesne. w zasadzie były sobie tak, jakby ich nie było, zupełnie nieinwazyjnie, czasami tylko po większym zmęczeniu i wysiłku czułam przez dłuższą chwilę lekki dyskomfort. Szok i wielka radość!
Sukces już był: najważniejsze, że mogłam  poruszać się bez problemu, 19-go lipca nawet wystąpiłam na obcasach 😀 Rzecz absolutnie nie do pomyślenia przez ostatnie 14 miesięcy! Niestety po tych obcasach zaczęło nieco boleć. W każdym razie wiedziałam już, że znalazłam sposób i wiedziałam, że będę musiała jeszcze trochę pożyć z moimi glutowanymi guzami i głodówkami. To wszystko było nieważne. Grunt, że odzyskałam sprawność i wiedziałam, że sobie już poradzę.

Światełko w tunelu!

Ucieszona możliwościami przestałam korzystać z komunikacji miejskiej na krótszych dystansach. Wszędzie chodziłam na piechotę i porobiły mi się bolesne odciski, moje stópki zdecydowanie odzwyczaiły się do chodzenia. Księżniczka na ziarnku grochu – to ja 😉

Teraz przydały się kupione rok temu żelowe wkładki. Byłam bardzo szczęśliwa. Po roku niewiadomej, po roku okropnych smutnych myśli i braku perspektyw nagle zajaśniało mi w duszy. Nadzieję i chęć pomagania sobie miałam cały czas, tylko bardzo źle zniosłam brak perspektyw rozsnuty mi przez lekarzy. Dlatego to wszystko tu opisałam, żeby inni wiedzieli, że można. I to właściwie koniec mojego pisania. Mogę jeszcze od czasu do czasu napisać o moich kolejnych głodówkach i pokazać na kolejnych zdjęciach jak znikają guzy.

9. Fast

Since the diet didn’t help me, I realized that it might be a good preparation for a fast and on June 6th I started one that lasted 14 days.
The 3rd and 4th day of fasting were terrible. I wouldn’t like to describe the details. Please read on the therapeutic fasting in the relevant sources.
During this period, I received tender care of the family, they were concerned about me always calling and asking how I am and whether I’m alive. There was nobody in the house but me and I appreciated the silence as well as the lack of odors in the kitchen. Nobody jangled with cutlery. Excellent conditions.
Of course, every day like for the last half of the year, I worked with the visualization of my recovery. I set the deadline for the ability to run on 15th July 2013. I came up with this date in winter, when I began to adhere to Mrs. Wegener’s methods.

On the 5th day I woke up feeling well and found that the texture of my nodules turned from pebbles to soft rubbery growths that didn’t hurt when pressed and nicely surrendered to pressure. It was a success which I had’t appreciated at that time as I had my right leg in in the stabilizer after quite a serious twist and I couldn’t even tiptoe to see how sensitive nodules are.

July 13th early in the morning I ran on tiptoe around the estate rejoicing over my „healthy” feet. Then I walked on tiptoe around my apartment, practicing  many different nice and challenging exercises I found on the Internet and simulating jumping rope to improve the ankle joint. All of these were things that I couldn’t do for the last year and everything worked! Nodules neither grew, hurt, nor swelled. Although they were still present, they weren’t tight and painful any more. Basically, they existed but as if they weren’t there. Only sometimes after greater fatigue I felt slightly uncomfortable for a while. Shock and great joy!

It was already a success. The main thing was that I could move around easily. On July 19th I appeared even in high heels:-D Something absolutely unthinkable in the past 14 months! Unfortunately, after I had worn the heels, it began to hurt a bit. Anyway, I knew I had found a way, and I knew I would have to stand a little more with my rubbery nodules and fasting. It didn’t matter. Most importantly, I regained my fitness and I knew I could handle my ailments. A light in the tunnel!

Glad about the possibilities that appeared to me, I ceased to use public transport for short distances. I went on foot everywhere and painful lumps reappeared, as my feet weren’t used to walking any more. The Princess and the Pea – it’s me;) At that moment the gel soles I bought a year ago came in handy.

I was very happy. After a year of the unknown, after a year of terrible sad thoughts and the lack of prospects, suddenly my spirits lifted. Throughout the previous period, I was full of hope and desire to help myself, but it was hard to bear bleak prospects offered by the doctors.
That’s why I described it all here so that others know that it is possible to do something.
And that’s the end of my writing. I might still occasionally report on my subsequent fasting and show on consecutive photos how nodules vanish.

Dodaj komentarz

Filed under Uncategorized